Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


...i płakały dusze kwiatów pomarłych.
...i płakały dusze drzew pociętych.
...i płakały dusze zwierząt pobitych.
...i płakały dusze wód wyschłych.
...i płakały dusze porodzonych a pomarłych.
...i płakały dusze gwiazd pogasłych.
...i płakały dusze rzeczy wszelkich.
...i płakała śmierć sama i wyła dziką pieśń — straszliwą pieśń złorzeczenia, pieśń buntu przeciwko Niemu...
Ale płynęli niepowstrzymanie tym nieubłaganym szlakiem musu, przez te przepaście zgrozy, przez okropną pustynię przerażenia, przez wiry czarnych, pogasłych gwiazd, przez ulewy słońc konających, zielono-okropnych, rozpadających się słońc, z których sypały się bryły krwawych żużli deszczem ognistym i, niby ciężkie łzy umierającego wszechświata, spadały wskroś ciemności, w głąb bezmiaru, w głąb niepojętą... aż ku świtom... aż na serce Jego.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Idę... idę... — wołał i oczyma, w których już była tylko otchłań rezygnacji, szedł z niemi, gonił tę nieskończoną falę, a poruszyć się nie mógł... Tłumy szły przez niego, przez jego mózg przeciągały strasznym korowodem, przez jego serce przelewały się jak wody oceanów, jak wszystek krzyk jestestw ginących brzmiały mu w duszy, a on unosił się i opadał w sobie, mocował się z sobą w męce odrywania, i pokonany ciężarem własnego trupa, panującego lat tyle nad