Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pochyliła się nad nim, poprawiając poduszki, łzy lśniącą strugą płynęły po jej twarzy, a usta drżały jak płatki róży.
— Która godzina?
— Dwunasta!
— Północ! Mój czas się zbliża!
— W ręku Boga jest wszystko!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Umrę o świcie — zawołał nagle i tak ostro, że wypuściła z rąk różaniec i patrzała na niego.
— Dobrze, dobrze... o świcie pójdę... — mówił cicho, coraz ciszej, jakby odpowiadał wezwaniom idącym z głębin nocy... z tamtej strony.
— Pójdę... — szepnął ledwie dosłyszalnie, i przed duszą roztworzyły mu się bezmierne widnokręgi, nieskończone pola wieczności... To tam, gdzie mży ten świt rozpaczny, purpurowy świt nieubłagania, tam płynie ta niepojęta ciżba na zatracenie...
...Oto znajomi a nieznani teraz; oto swoi a obcy... oto bliscy a dalecy; oto nigdy niewidziani, oto nigdy nieprzeczuwani, oto nigdy nawet niemarzeni; oto oceany umarłe, drzewa, kwiaty, zwierzęta — mieszały się razem w gęstwą skarg i płynęły wszystkiemi drogami światów, wszystkiemi szlakami gwiazd, wszystkiemi majaczeniami myśli...
Wypalone łzami oczy podnosili ku świtom i szli w ciszy śmiertelnej oczekiwania, w milczeniu tajemnicy...
A ciche tchnienie jego żałości powiewało a nad nimi jak wicher palący...