Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


woli i rozjaśnioną parą cudnych, rozgrzanych walką oczu.
Stał tak chwilę jeszcze, potem z głową, pełną postanowień nowej pracy, jaka go czekała, poszedł do domu.
— Franek! kurtyna! Franek, dzwonić! Te! mój brzuch, dawaj mi brzuch! A moja garderoba! — Franek, piwo! — Kiedy ja wchodzę? — Chodźże, małpo, zapiąć mi stanik! Zaanonsuj-no! — wołano jak zwykle.
A on, jak zwykle, niestrudzony, zjawiał się wszędzie, gdzie był potrzebnym, z tym samym spokojem i martwotą nazewnątrz, z tem samem milczeniem apatycznem, obojętnem. Co go to wszystko obchodziło? Pisał drugi raz Ulanę. A postanowił zwyciężyć.
— Będziecie wyć z radości! — szeptał, wygrażając publiczności przez otwór w kurtynie.
Może i będą. Któż wie?