Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


głosem pełnym cierpienia i miłości. — Och! Ulana! — i czuł się tak nędznym, tak nieszczęśliwym, tak pokrzywdzonym przez wszystko, jak nigdy.
Księżyc w pełni oświecał uśpione miasto. Długie linje domów rzucały szerokie smugi cieniów. Słowiki w sąsiednim ogrodzie śpiewały cudne hymny nocy i miłości.
Rozkwitłe bzy i jabłonie zdawały się promieniom je srzebrzącym oddawać pocałunki — aromatem.
Spokój pełen był melancholji marzącej i czarów.
Cicha noc ciemnym urokiem przestrzeni, drganiem gwiazd, rozpostarła swój królewski płaszcz ukojenia nad ziemią. Panowała, przelewając się w falach powietrza, w gromadach chmur, poszarpanych jak stalaktyty.
Tylko płacz Franka rozbrzmiewał, jak przykry dysonans w ogólnej harmonji, dźwięczał jak zgrzyt, w słodkiem adagio nocy majowej, rozlegał się coraz wolniej, coraz ciszej a głębiej — aż ustał.
Franek podniósł załzawione oczy gdzieś ku niebu — zapatrzył się w własne serce, myśli, marzenia, rozpamiętywania.
Potem ze spokojem rezygnacji smutnej na twarzy, i ze stanowczością i uporem kamiennym w głosie pełnym buntu, szeptał:
— Napiszę! — i tak napiszę! Żeby nie wiem co — napiszę.
Słowiki odzywały się głośniej, lekki wietrzyk przebiegł, zagarnął całą falę woni z ogrodów i rzucił mu ją w twarz, brzydką, steraną nędzą, upokorzeniami, twarz idjoty, nacechowaną teraz wyrazem zimnej, nieugiętej