Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jest herbata?
— Jest. Można przynieść?
— Dobrze.
Przyniósł samowar i postawił go na stołku obok łóżka.
— Daj mi biały kaftanik.
Podał żądany i, gdy kładła na nagie ramiona, nie żenując się bynajmniej jego obecnością, zauważył na piersiach czerwone plamy i wysypkę i cały ton żółtawy skóry, miejscami obwiśniętej.
— Daj drugą szklankę, wypijemy razem herbatę.
Spojrzał zdziwiony. Simonka, jakby na usprawiedliwienie, dodała:
— Nudzę się, sama pijąc.
Pili, chciała go zapytać, a nie śmiała otwarcie.
— Kto tu był wczoraj — to jest dzisiaj?
Wymienił nazwiska.
— Długo byli?
— Przed piątą poszli.
— Wszyscy?...
— Tak, wszyscy.
— A później co?...
— Rozebrałem panią.
— I?...
— Zaniosłem do łóżka, tak pani kazała...
Ciemny rumieniec powlókł mu twarz, przypomniał sobie doskonale wszystko. Spuścił oczy, nie śmiał spojrzeć na nią, jakby się czuł winnym.
— Uniosłeś mnie? — pytała, widząc jego pomieszanie i sama zmieszana, z obawą czekała dalszych wyznań.