Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zegary biły szóstą rano, gdy dopisywał. Skończył,
Skończyły się udręczenia. Odetchnął głęboko, swobodnie. Czuł się ogromnie rozradowanym, szczęśliwym; schował rękopis jak zwykle — do pudełka. Umył się przed studnią i wybiegł na miasto, czuł potrzebę ruchu, powietrza, słońca. Włóczył się tak bez celu, rozmawiając z sobą, uśmiechnięty do siebie, do duszy swej zwycięskiej, zadowolony i szczęśliwy w każdej cząstce swego jestestwa triumfującego.
Wstąpił do teatru, pozamiatał, pouprzątał. Ustawił scenę do dzisiejszej próby. Naszykował zmiany na przedstawienie, pooczyszczał lampy, i pogwizdując, wybiegł za miasto narwać bzu — i poleżeć w słońcu.
Była już dziesiąta, gdy wrócił z pękiem kwiatów do mieszkania. Nastawił samowar i zajrzał cicho do pokoju Simonki. Spała jeszcze.
Snadź zimno poranku, wpadające przez potłuczone szyby, zmusiło ją do okrycia się, bo leżała szczelnie otulona kołdrą. Krzątał się pocichu, uprzątał ślady pijatyki, pościerał kurze, poskładał garderobę porozrzucaną. Czuł się tak lekkim, jak nigdy. Rozradowanie, jak słońce, świeciło przez oczy.
Simonka przebudziła się, patrzyła chwilę na uwijającego się po pokoju. Znać było w jej twarzy, zbrukanej rozpustą, a mimo to pięknej, jakąś pracę myśli. Przypominała sobie coś zwolna i z trudem, bo drganie jakieś niezadowolenia przebiegło po jej twarzy. Zapaliła papierosa. Franek się odwrócił, niosąc bukiet świeżego bzu na stolik przy łóżku. Patrzała na niego uważnie.