Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Franek sztukę pisze! pisze sztukę, słyszycie, ha! ha! ha!
Franek bał się takiego śmiechu i komentarzy, urągowisk i bolesnych żartów towarzystwa. Dlatego to, co robił, robił tak pocichu i w tajemnicy, że tylko jeden Zmarźlak wiedział o tem. Ale jego był pewnym, że nie wyda. Myśl i chęć pisania tak go nagle opanowały, i tak gwałtownie, że się nie mógł oprzeć — musiał poprostu. I zaczynał siebie nie rozumieć, jak tyle lat przeżywszy, mógł nie pisać. Nie zważał na trud, na niemożebność. Wola jego wyprężała się w tym jednym kierunku: napisania sztuki i zobaczenia jej na scenie. Tem oddychał. Powód pobudzenia, wstrząśnienia był następujący:
Grano u nich po raz pierwszy „Chatę za wsią“, grano z olbrzymiem stosunkowo powodzeniem. Publika, jak zwykle publika, przepada za śpiewkami, tańcami i dziko-romantycznemi perypetjami, przeplatanemi grubym żartem i tanim patosem. Więc też „Chata“ podobała się ogromnie. Aktorzy, rozpromienieni lepszemi działami, grali z przejęciem. Rozprawiano też po pierwszem przedstawieniu prawie dobrze o sztuce, w miarę rosnącego powodzenia — i codziennych przedstawień przy pełnej kasie — entuzjastycznie. Wynoszono pod niebiosa i autora, i przerabiaczy, bo, dzięki nim, mieli niebywałe powodzenie. Frankowi, który w tej sztuce „robił tłum“, podobała się ogromnie. Przepadał za każdym jaskrawym efektem, za uczuciem, które aktor zwykle przyoblekał w formę nie wulkaniczną, ale epileptyczną, za rozczochraną grozą, o twarzy wykrzy-