Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Mógłbyś być sługą w winnicy pańskiej, nieźle każesz.
— Wolałbym być włodarzem.
— Aby mieć klucze od piwnic, ha! ha!
— Mój Boże, co to czas, życie z człowiekiem robi? — mówił szczupły, wysoki, z wybitnie aktorską twarzą drugi komik, stając przed Wstawką i mierząc go złośliwie litościwym wzrokiem... — Panowie! pomyślcież, że w tym człowieku było trochę dowcipu, trochę rozsądku, ździebełko talentu — a dziś. Słyszeliście go mówiącym, przypatrzcież mu się teraz. Nic nie widzicie?... Prawda! jakże w absolutnej próżni można co zobaczyć?...
— Wiesz co? — syknął Wstawka — poślij swój dowcip do szewca, niech go podzeluje, bo ci się djablo zdarł.
— Dowcipu nie potrzebuję dawać, ale buty rzeczywiście krzyczą o podeszwy. Poradź mi, który z twoich dawnych kolegów to najlepiej zrobi?
— Poradzę ci napić się oleju, może choć troszka przedostanie ci się do łba, boś strasznie zidjociał.
— Niech na usprawiedliwienie starczy mu pańskie towarzystwo — zawołał „charakterystyczny“ złośliwie, mszcząc się za opowieść.
— Brawo, brawo! Razowiec! — tak przezywano ostatniego.
— Franek!
Franek szedł ze Zmarźlakiem na końcu, milcząc. Nie słuchał mówiących. Co go to obchodziło? A po