Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Panie! tu tylko są puste patrony, a gdzież jest ogień, którym ukarzę opornych?
— E! — głupi jesteś, mój kochany, nudzisz!
— Wierny twój sługa, o Zeusie.
— No, to weźmiesz od Merkurego na... rachunek.
— Ale, ale, ogłosisz to jeszcze: „I wszyscy sprawiedliwi, prawomyślni, odwracać się będą od tej pary, pod najstraszniejszą karą — zarażenia się głupstwem“.
— Hm! komorne niezapłacone. Juno potrzebuje sukni i kapelusza, trzeba dać a conto w handelku, szewca zapłacić, sobie kupić szlafrok i tabakierkę, zapłacić długi tego hultaja, Dianie kupić prezencik — może się uda dojść z nią do ładu. Hm! ładna szelmutka!... Natanielu! — zawołał gromowładny za oddalającym się, — Natanielu! Uważasz, postaraj się, żeby tylko tych sprawiedliwych nie było za wielu. Ty umiesz to urządzać. Bo widzisz, cóż robić? ciężkie czasy...
Tak rzekł Zeus, pan na Olimpie lit. b z przyległościami, i wsiadłszy w jednokonkę — odjechał.
A Nataniel prorok, przywdziawszy ochędożne szaty, stanął przed bóżnicą Melpomeny i, opowiedziawszy, tak zakończył:
— Zaprawdę! zaprawdę! powiadam wam, że porcja kotletów za 15 kop. i do tego z sałatą — to blaga na gruby kamień. Chyba, że za gotówkę. A jeśli tak, to kamionujcie fałszywe proroki, które sprowadzają wasze chęci na bezdroża pożądania — nadaremnego, a mnie każcie dać sznapsa, bo strudzone są piersi moje, usta pragnące, a żołądek wyschły, jak piaski Sahary.