Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Hm! u mnie także mają być dzisiaj kotlety na obiad. To już pewnie czas... Ten smyk, Faeton, gotów przyjść wcześniej i zje wszystko... a baba każe mi zrobić zacierek. Brrr! Natanielu!
— O panie!
— Która godzina?
— O synu Kronosa, z rumieńcem przyznam ci się, że... zastawiłem wczoraj swój czasomierz.
— Naco?
— Panie, przebacz, ale miałem wieczorem randkę w botanice... i... potrzebowałem. Ale ty, o Zeusie, masz złoty chronometr, dar imieninowy twej ślubnej.
— Tak... mam, mam, tylko chwilowo ten łotr Merkury zabrał go... za ten ostatni kosz szampańskiego... Natanieiu! Cóż tam widzisz więcej? co czytasz w tych postaciach?
— O panie, mamże mówić to, co zasmuci serce twoje?
— Mów! mów! chyba jeszcze zdążę na obiad.
— Widzę, panie, na czołach tych ludzi, w oczach, w sercach wypisane: „Ja jestem głupstwo“. Przebacz im potężny! nie marszcz brwi! Cóż winni, że przyszli na świat takimi?
— Co?! w mojem państwie głupstwo miałoby grasować? nigdy, jakiem Zeus — nigdy! Upornych, co w niem trwać będą, do ula — uważasz. Albo nie. Niech płacą po miarze pszenicy i dzbanie Falerna. Wino odesłać mi zaraz, trwających w błędzie, a szczególniej nie płacących sztrafu — zabijaj! Masz tu pioruny. Ja odchodzę na obiad, musi być późno, a Junona — o!...