Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


A potem, chociaż już ukryty w głębi swego pałacu, długo jeszcze słyszał ten krzyk rozpłakany, długo jeszcze mrowiły mu się w oczach te straszne postaci, zeżarte przez fabrykę, i wstrząsał nim lodowaty dreszcz zgrozy.
I źle się naraz poczuł w tym pustym, wspaniałym pałacu. Głuchy, dręczący niepokój ściskał mu serce. Nudził go ten królewski przepych mieszkania, drażniły boleśnie światła i te skrzenia złoceń i bronzów. Gniewały go zalęknione twarze służby, przesuwającej się bez szelestu, gniewały ich oczy, trwożliwie oczekujące skinienia. Dławiła go samotność i stawała się ciężarem nie do zniesienia. Wciąż zdawał się czekać na coś, wciąż nasłuchiwał i wciąż wyglądał na miasto.
— Żyje jeszcze, robi! — myślał, topiąc oczy w bladem morzu świateł. Szary rozlew domów, przesycony łunami, nakryty nocą, majaczył upiornie. Tysiące słońc elektrycznych wisiało w powietrzu, tysiące niedojrzanych gardzieli buchało dymami, a rytm ciężki, od którego drżała ziemia, rytm pracujących fabryk przenikał wszystko i wrzał nieustannie, jak szum morza dalekiego.
Wysunął się niespostrzeżenie na miasto.
Ale jakiś dziwny nastrój unosił się dzisiaj w powietrzu.
Wieczór już był zupełny, gwiazdy wybłyskiwały na ciemnem niebie, powietrze muskało ciepłem i spokój kojący płynął zgóry, z tych głębin nieprzejrzanych, ale na ulicach coś się stawało.
Ruch panował wielki, jak zwykle, latarnie niby szereg szyldwachów o błyszczących, złocistych ka-