Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pełzali na rękach i, czepiając się jego nóg i rąk całych, skomleli nieludzkiemi głosami o zmiłowanie.
Uspokoił się prędko i słuchał cierpliwie, rozpatrując uważnie twarze, bardziej rozszlochane.
Wszyscy żądali chleba, nędznego kawałka chleba za całe żywoty swoje, wyssane przez jego fabrykę, za te rany i kalectwa, poniesione dla niego, za tę nędzę i cierpienia.
Cała litanja bolesnych skarg wzniosła się błagalnym krzykiem i padała na niego krwawą rosą człowieczego męczeństwa.
Nagle podniósł rękę, wrzawa przycichła, a on rzekł donośnie:
— Niech wam jeść dadzą tamci, którzy zamknęli fabrykę!
Tłum skamieniał i cofnął się w przerażeniu, jakby przed widmem śmierci, lecz wnet zakołysał się gwałtownie, straszliwy ryk wydarł się ze wszystkich piersi, ulewa rozpaczliwych szlochań spadła na niego, dziesiątki rąk błagalnie się wyciągnęło, setki okaleczałych ciał padło przed nim z przejmującym krzykiem i łkało w pyle, żebrząc o miłosierdzie...
Nie wzruszył się, a czujny stangret krzyknął na konie, iż poniosły z miejsca, tratując, kto stał na drodze.
Grad kamieni posypał się za nim wraz z całym huraganem przekleństw.
Nie obejrzał się nawet, skulił się i siedział z jakimś bolesno-wzgardliwym uśmiechem, a niekiedy bezwiednie wycierał suche, zgorączkowane ręce.