Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I odchodził prędko, wstydząc się tego rozrzewnienia.
Służący szedł za nim i co chwila huczały ciężkie, żelazne drzwi, jakby zapadające na wieki płyty grobowe.
Dzień już dogasał, gdy wrócił do powozu.
— Fabryka zamknięta? — spytał nagle służącego.
Ten w milczeniu wskazał na wielki papier, bielejący na murze: „Fabryka zamknięta na czas nieograniczony“.
Głosiły czarne, olbrzymie litery tej klepsydry.
Przeczytał kilka razy i skinął na woźnicę.
Powóz potoczył się cicho szeroką, kamienną drogą, przecinającą kolonję domów robotniczych.
Majowy, ciepły zmierzch niósł chłodnawe powiewy pól dalekich. Już gdzie niegdzie w oknach wybłyskiwały światła, a pod ścianami i na drodze stały całe gromady ludzi żywo rozmawiających, niekiedy cichy, stłumiony śmiech zadźwięczał, pod jakiemś drzewem grała harmonijka i stado oberwanych dzieci tańczyło z krzykiem wśród tumanów węglowego pyłu.
Ale skoro ukazał się jego powóz, urwała się muzyka, dzieci pierzchnęły, jak ptaki spłoszone, zamarły śmiechy, porwały się rozmowy, groźne, ponure milczenie zaległo dokoła.
Przeprowadzały go tylko migoty spojrzeń nienawistnych.
Jakby mroźne tchnienie powiało, tak zlodowacieli w milczeniu, tylko zrzadka rwało się jakieś syczące, twarde słowo i padało na jego siwą, drapieżną głowę.
Stangret zaciął konie, ale go powstrzymał, nakazując jechać jak najpowolniej. Nie uląkł się tej groź-