Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/085

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wrzawą nieustanną, wtedy dopiero opustoszały dziedzińce i zawierały się ciężkie bramy za ostatnimi.
— Skończone! — oznajmił służący, otwierając okna narozcreż.
— Poszli?
— Wszyscy! Już bramy zamknięte.
— Fabryka zamknięta? — pytał, nie wiedząc, co mówi.
— Zamknięta.
— To jedźmy na obiad, jedźmy! — powtórzył, z trudem się podnosząc. Czuł się zdrętwiałym i dziwnie chorym, zaledwie mógł się udźwignąć z fotelu, ręce mu się trzęsły, a oczy z uporem wpijał w jakiś punkt.
— Konie już czekają.
— Dobrze, mój drogi, dobrze! Jedziemy zaraz — mruczał, pozwalając się przywdziewać w palto, włożył kapelusz, wziął laskę i obejrzał się, jak zwykle, za wielką teką, którą brał służący, i jak zwykle sprawdził olbrzymią kasę, czy zamknięta, i wyszedł wolno, jak zawsze, jak codziennie od lat na podjazd, gdzie już na niego czekała para koni z powozem.
Już postawił nogę na stopniu i, jak zawsze, pytał się stangreta o konie, gdy naraz przerwał rozmowę, cofnął się i zawrócił śpiesznie do kantoru, wziął z kasy pęk kluczów i prawie pobiegł krętemi, mrocznemi korytarzami do fabryki.
Służący powlókł się za nim cicho i nieodstępnie jak cień.
Fabryka usypiała w złowrogiem milczeniu.