Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/078

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ciśnięte pięści i twarde, dzikie głosy, jak grad kamienny, padały na widną w oknie głowę starca.
Cofał się wtedy śpiesznie w głąb gabinetu i tłum cichnął, uspokajał się zwolna, niby bór, gdy wichura przeleci, że tylko jeszcze szemrzą gałęzie, a nikłe krze zachwieją się niekiedy. Starzec padł w głęboki fotel jak martwy, ale nasłuchiwał milknących poszumów, jego siwa głowa czuwała i sucha twarz, podobna do dzioba drapieżnego ptaka, kurczyła się w bezsilnym gniewie. Przeżuwał przygnębiający ból niemocy.
Miotał się w sobie z wściekłości, aż jego blade, nieubłagane oczy, rzucające się po gabinecie niby oszalałe, ślepe ptaki, uderzyły w szeregi ksiąg olbrzymich, ustawionych na niskiej, długiej półce.. Stały przyodziane w szare płótno, niby w mundur jednaki, a wszystkie miały wyciśnięte na grzbietach czerwone daty lat. Było ich kilkadziesiąt, tłoczyły się w sztywnym ordynku, twarde, nieruchome, milczące — stały jak groby lat przeszłych. Czerwone daty, niby oczy dni minionych, wychylały się z niepamięci, szepcąc całą historję fabryki, najtajniejsze drgnienia jego duszy, całą pracę jego żywota.
Te księgi mówiły mu o jego potędze.
Te księgi opowiadały, że był stwórcą tych murów potężnych, że był władcą tego państwa maszyn i sił, zaprzęgniętych do pracy, że był panem tej rzeszy ludzkiej, stłoczonej tam przed kasami, tych tysięcy nędzarzy, których wzburzone głosy brzęczały mu nad głową, niby brzęk os rozsrożonych.