Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Milczenie było zupełne, cisza grobu.
Dzwonek znowu zakrzyczał.
— Światła! — padł ostry rozkaz.
Słońce zalało pokój, a wraz z niem wdarły się splątane wrzawy i głuche krzyki wzburzenia, bijące bełkotliwie z dziedzińców, z pod murów fabryki, ale sama fabryka milczała.
— Nie robi! Stoi! — zakrzyczał żałośnie i zmartwiał nagle, bo od miasta rozłożonego nieco niżej, że miał je całe przed sobą, z mrowiska dachów, wież i kominów, z burych, ciężkich tumanów dymów, jęły się wyrywać świsty fabryk, rwały się coraz częściej, coraz bliżej, coraz przenikliwiej, aż wkońcu buchnęły przeszywającym chórem i pomilkły.
Stary człowiek patrzył z wyrzutem na swoją fabrykę.
Nie odezwała się. Czerwone cielska gmachów pławiły się leniwie w słońcu, wysmukłe szyje kominów nie buchały dymami, zdały się chwiać w błękitnawem powietrzu i patrzeć za stadami gołębi, kołujących nad niemi wysoko.
A na dole, w olbrzymim dziedzińcu, pod czteropiętrowemi gmachami, kłębił się tłum, parę tysięcy ludzi cisnęło się do kas. Szara gęstwa głów bladych, wynędzniałych twarzy, mrowisko tysięcy oczów, jak połyskliwe mrowienie się drobnych fal, kłębiło się niespokojnie. Szmer głosów wrzał ustawicznie, czasem się wznosił do krzyku i zapadał w nagłe milczenie. A niekiedy cały tłum zakołysał się gwałtownie, skłębił wzburzony i miotał się gniewnie, że rwały się z niego za-