Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Otacza go ponury tłum, w milczeniu śmierci idzie... jakieś kobiety czepiają się wózka i wyją rozpacznie, a stary, siwy Żyd, z rozwianemi włosami, suchy, prosty, straszny w majestacie bólu, idzie obok trotuarem, wyciąga do przechodzących żołnierzy zakrwawione ręce i woła cichym, zamierającym głosem:
— To wasze dzieło! To wasza robota!
Przerażenie chwyta za serca, odkrywają się głowy, chylą się pobladłe twarze, kilka kobiet przyklękło na trotuarze, żałobna, posępna cisza sieje się dokoła, bo oto umarły przechodzi w swej chwale śmierci za wolność! Trup uśmiecha się, woła ranami, śpiewa śmiercią ostatni, potężny hymn nowych dni.
Nie potrafię go zapomnieć do śmierci.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Te dni ciągną się, jak sen dręczący, jak sen, z którego nie można się obudzić, ni do szczęścia, ni do śmierci.
Jest się tylko wahadłem w rękach losu.
Od jutrzenki do pogrzebowych pochodów kołysze fala.

Sobota.

Na murach nowe, złowrogie obwieszczenia.
Znowu grożą, bo znowu mordowali bezbronnych.
W sercach trwoga i niepokój. Ciągłe pogłoski o czarnej sotni.
Może nikt nie wierzy w możliwość pogromów, podobnych do kijowskich, ale wszyscy się obawiają.