Przejdź do zawartości

Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.
— 68 —

 Byłem na ogólnym wiecu i nie pójdę już na żaden więcej.
 Targowica próżności, popisów i ambicyjek. Tragiczna farsa, prowadzona przez tych, którzy mogą przekrzyczeć tłumy. Wielka licytacja frazesów i obietnic. Stu mówców, a wciąż to samo, te same gesty, te same liczmany, te same pozy, i te same brawa i krzyki wyjców, zapychających sale...
 Wolę ludowe wiece pod gołem niebem, są bowiem czynem uświadamiania, pełnym godności i powagi. Prawda: tam przemawia sam lud, tam woła sama krzywda i ból serdeczny, nie zaś tonografy ludzkie, obżarte broszurkami i pijane żądzą popisów.

............................................

 Stęchłe frazesy groźniejsze są dla świata niźli dżuma.

............................................

 Na Krakowskiem spotykam straszny korowód.
 Na małym ręcznym wózku leży zabity Żyd, leży wznak, piersi ma obnażone, pokryte krwią zakrzepłą i porwane w ohydne strzępy, głowę przechylił wtył, oczy ma szeroko otwarte, usta rozchylone, jakby jeszcze śpiewał w uniesieniu, jakby jeszcze szedł w pochodzie.
 Dostał pięć kul i bagnetem w brzuch.
 Wiozą go wolno, niby podarty w bojach sztandar wolności.

 Jest jak zastygły krzyk!