Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


na przedzie czerwienią się sztandary; idą mocno, aż ziemia dudni pod stopami, i dumny, hartowny w bojach śpiew grzmi niebosiężny:

„Nasz sztandar buja ponad trony...“

Bije orkan potężnych głosów, a każda strofka, jak brzęk pękających kajdan, a każdy rytm, jak huk kilofów w granity, jak piorun gniewu i jak słodki hejnał o świtaniu wiośnianem; idą bladzi, wynędzniali a dumni, w łachmanach walki, idą wpatrzeni w sztandar, jak w zorze świtu, idą niezmożonym świętym hufem trudu i walki...
A z drugiej strony, naprzeciw, nadciąga inny pochód, tysiączna rzesza zwarta w szeregi, a nad głowami, na amarantach biały orzeł rozwija władcze skrzydła, królewski ptak wiedzie, jak wiódł ojców i pradziadów, a pod nim ramię przy ramieniu, mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy kupią się, jak pod puklerzem, z nieśmiertelną pieśnią Legjonów na ustach:

„Marsz, marsz Dąbrowski!
Z ziemi włoskiej do polskiej!

Hej! jakby zafurkotały ułańskie chorągiewki, lśnią się kaski, chwieją się kity, szczękają kopyta o kamieniste progi Pirenejów, wiara wali czwórkami w świat obcy i wrogi, niejeden łzę ociera i daje głos tej strasznej, nieutulonej tęsknocie za ojczyzną daleką, za ojczyzną w niewoli.
Pochody się spotykają, sztandary się chylą, łączą się dłonie.