Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Miasto już powstaje. Miasto już mówi. Miasto już śpiewa, podnosi głowę do słońca, wyciąga ręce, oddycha, żyje pełną piersią!... A tłumy coraz większe, płyną rzekami, wzburzone szczęściem, rozkołysane nadzieją, płaczą, śmieją się i modlą zarazem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Podobno stan wojenny zniesiony istotnie, patroli coraz mniej na ulicach — ale czy na długo?

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W południe wszedłem do jakiegoś kościoła: tłok niesłychany, uroczysty nastrój nabożeństwa, ksiądz ledwie dojrzany w witrażowych mrokach odprawiał mszę, dymy kadzideł rozwłóczyły się sinemi włóknami nad ciżbą głów, organy wiodły cichą, przejmującą gędźbę, szept modłów szemrał jak rosa, opadająca na suche liście, niekiedy srebrny świergot dzwonków się zrywał, gdy naraz stała się cisza śmiertelna, i ktoś na chórze zaintonował: „Boże, coś Polskę...
Tłum się zakołysał, skłębił, zmieszał, jakby do ucieczki, gdy grom padnie, ale po chwili runął na kolana, palący wicher westchnień zahuczał, tysiące gwiazd rozbłysły w oczach, tysiące rąk się wyniosły ku ołtarzowi i tysiące piersi zawtórowały:

„Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić, Panie!“

I widziałem, jak z tego łanu głów pochylonych biły słupy ogniste uniesień, miłości, łez, wiary, szlochań serdecznych, i płynęły jękiem żebrzącym do stóp Ukrzyżowanego, i tam się kładły pokornie z bezgraniczną ufnością.