Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I przeleciał, śmiech za nim buchnął nerwowy, ale po chwili złowroga cisza opadła, spojrzenia się zamroczyły, lęk ściska serca, boć jeszcze kolby pracują, jeszcze kopyta końskie tratują, jeszcze krzyk trwogi się zrywa w ulicach i raz po raz jakaś gromada pierzcha przed nastawionemi bagnetami, jeszcze salwy grochocą i przelatują ambulansowe wozy, ale mimo to miasto wzbiera... wzmaga się głuchy szum, jakby fal na przypływie... rośnie, potężnieje z minuty na minutę... już drżą mury... miasto się budzi... powstaje i wybucha...
Nareszcie! Katakumby przemówiły głosem żywych.
Serce Warszawy zahuczało jak dzwon na wielkie święto wolności:
— Jestem i będę!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„I słychać było płacz ogromny zmartwychwstania“ — można wołać za Kordjanem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Miasto już pijane uniesieniem. Wszędzie nieprzeliczone tłumy, ciasno na trotuarach, tłumy idą środkiem ulic, tłumy się zbierają na placach, wrzawa rośnie, śmiechy strzelają jak race, radość ponosi, gdzieś już przygodni mówcy krzyczą z ramion, niema stanów, zginęły różnice, twarze się palą jak słońca, gdzieś już w bocznych ulicach krwawi się znak bojowy i trzepoce się jak ptak do podniebnego lotu, śpiewy buchają triumfalne i biją ku niebu zwycięskim chorałem.
— Wolność! Wolność!