Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tłum się zakłębił gwałtownie, odstąpił nieco od bram i jakby skamieniał, wpijając się tysiącami oczów w Jego twarz zmartwiałą. Ktoś pociągnął go za rękę, wyprowadził i rzekł głośno:
— To on! Macie go!
Postąpił automatycznie kilka kroków i spojrzał w twarz ludu, w nieubłaganą twarz przeznaczenia.
Stała się chwila strasznej, trupiej ciszy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Triumfująca śmierć zasiadła na osieroconym tronie świata i śmiała się szyderczo, długo i bezlitośnie.