Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Lud się już niecierpliwi! Prędzej.
Otoczyli go nieprzebytym lasem szpad obnażonych, ujęli pod ręce, bo się nieco chwiał, i powiedli.
Złote chorągwie szły przodem i rzędy pochodni, a za niemi tłum, odziany w różnobarwne szaty, niby łan kwietny rozwijał się przez nieskończoną amfiladę sal.
Cichy, rozełkany hymn śmierci rozbrzmiewał pod niskiemi sklepieniami aż chwiały się światła.
Szli wolno wskroś krużganków, schodów, tarasów i pięter, schodzili coraz niżej, aż do tego morza, bijącego niecierpliwie do podwoi zamkowych, a on olbrzymi, niby dąb wynosił się ponad wszystkie głowy i patrzył oczami jakby już z tamtego świata.
Wiedział, co go tam czeka.
Tylko, że jego dusza była już niedostępna wszystkiemu, co człowiecze, i jakby już umarła dla życia, wzięła ostatni lot przeznaczenia i niosła się bez trwogi w nieznane.
Już patrzył w zaświaty i słuchał nieskończoności.
A chwilami zdawało mu się, że niosą go do grobu ojców i zaraz pozostawią na wieczny spokój i odpoczywanie.
Że już śnił sen o sobie i o tych rojach ludzkich, co nikłemi cieniami przepływają nieskończoną, nieustanną falą życia.
Pochód się wstrzymał w olbrzymiej sieni, za żelaznemi bramami ryk tłumów huczał niby morze rozsrożone.
Twarze pobladły, a ktoś załkał rozpacznie.
Śpiew umilkł, rozwarły się bramy i wyszli na plac.