Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mrowiskiem nieprzejrzanem, ale zaczął drżeć, jakby z przejmującego chłodu.
— Białe chorągwie u bram! Parlamentarze idą!
Obejrzał się gwałtownie, cała rada, wszyscy ministrowie i doradcy, wszyscy książęta i panowie, cisnęli się do sali tronowej.
— Za chwilę pomrzemy wszyscy! — rzekł cicho i smutnie.
— Nie oddamy się na łaskę i niełaskę! — ktoś krzyknął.
Uśmiechał się i zapatrzył w dal jakąś, gdzieś w tajemnicę, wyłaniającą się z cieniów.
— A czegóż chcą parlamentarze? — zapytał wreszcie.
— Ciebie, panie! — ozwał się zgodnie chór dostojników.
— Mnie? Mnie?
— Chcą ciebie i my cię wydamy!
— Aby skończyć wojnę domową...
— Aby ocalić własne głowy! Dobrze, ocalcie się! Dobrze!
Szeptał, zaglądając im w twarze z szyderczym uśmiechem. Cofali się, spuszczając oczy, a on zbliżał się do niektórych i jakby na pożegnanie mówił:
— Tyś głodów winien!
— Tyś pił złoto ich i krew!
— Tyś był ich katem!
Rzucał w posiniałe ze strachu twarze; milczeli, tylko usta się im trzęsły i latały oczy zakrwawione, ale cisnęli się dokoła, czepiając się go jak ostatniej deski ratunku.