Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W dymnych brzaskach pochodni, jakby w krwawych oparach, przechodziły gromady mężów, czarnych jeszcze od prochów, poszarpanych kulami, dyszących walką, bohaterskich a groźnych jak błyskawice.
— Śmierć! — spadał na nich katowski łoskot topora.
— Za nami wolność idzie i sprawiedliwość! — wołali, odchodząc w śmierć nieulękłą.
Przechodzili młodzieńcy piękni i weselni, podobni bogom.
Przechodzili starce zgrzybiałe, na prawnukach wsparte.
Przechodzili czarni, i biali, i żółci, i wszystkie narody, i wszystkie rasy, i wszystkie stany od oraczów prostych aż do królów...
I nieskończoną, ofiarną procesją walili się w cuchnący dół śmierci... Że już się zdawało, jako wszystkie podziemia zawalają trupy, a krew płynie strumieniem, rzeką, wzbiera i podnosi się aż do sklepień z bulgotem jak morze na przypływie...
— Wszyscy przeciwko mnie?
Jęczał, przyciskając się bezwiednie do stóp Chrystusowych, który łzawemi oczami miłosierdzia obejmował te głowy męczeńskie i jakby je błogosławił na drogę wieczną, na nowe, nieśmiertelne życie...
— I dlaczego? Dlaczego? — pytał się z coraz głębszą trwogą własnej duszy, wezbranej litością.
Aż przywiedli gromadę pacholąt, dzieci prawie, o oczach jak niebo i twarzach cherubów.
Ale i ci byli winni, i na nich miał spaść topór kata.