Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Obraz dzieci tkwił mu nieustannie w pamięci, tkwił w przerażającej grozie lęku, budzącym coraz sroższy szał wściekłości.
Nie mógł już siedzieć i czekać, ognistą lawę czuł w żyłach i gniew nim miotał jak osaczonym tygrysem. Nienawiść w nim zawyła, a dzika, krwawa zemsta sprężyła mu grzbiet i ręce, że byłby rozrywał, kąsał, tratował, pławił się we krwi wrogów i mścił się za te męki, jakie przechodził.
Czuł się jak piorun uwięziony, jak Bóg, zakuty w kajdany nieprzezwyciężonych mocy...
Miotał się po pustej, samotnej komnacie, wyciągając do miasta ręce głodne zemsty — a to miasto nienawistne, to miasto buntownicze, leżało tuż przed nim, okryte nocą, potężne i straszne jakieś w swoim ogromie, leżało tak blisko a niedosięgłe dla jego żelaznych pazurów zemsty i gniewu... niedosięgłe...
Milczał złowrogo ten wróg przeklęty i nieubłagany.
Tylko morze huczało swoją pieśń nieustanną, a na moście w brzaskach pochodni rozwianych, w rytmicznym szczęku łańcuchów, snuły się szeregi jakichś ludzi eskortowanych przez bagnety.
To przeprowadzano jeńców do lochów zamkowych.
Zatrzęsła nim dzika, drapieżna radość i kazał się tam prowadzić. Spadał windami w podziemia jak sęp na żer, i coraz niżej, coraz głębiej, aż do lochów kutych w skale, do kamiennych, strasznych jaskiń, gdzie jakby łzy wylewane przez wieki okrywały mury gorzkiemi pleśniami i sączyły się zropiałemi strugami z go-