Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Któż śmiał? Kto? — pytał gniewnemi oczami. — Jeśli oceany powstaną przeciwko mnie — zasypać je; jeśli góry — zrównać; jeśli ludy — wyciąć i spalić, a prochy rzucić do kloak!... Któż śmie?...
Dwór dygotał przed jego obliczem, podobnem do chmury brzemiennej piorunami, nikczemna bladość lęku pokryła twarze...
Wyszedł, nie zważając na nikogo.
Ale nie wiedział, gdzie iść i co począć ze sobą, chwiał się jak drzewo miotane wichurą, błądził bezradnie w cichych, oddalonych pokojach swoich dzieci.
Nie wszedł jednak do nich, spoglądał na nie zdaleka jakimś rozełzawionym nagle wzrokiem.
Bawiły się w wielkiej, błękitnej sali, siedziały na dywanie całą gromadką, rozszczebiotane jak ptaki.
odchodził i powracał, nie mógł się oderwać, patrzył na ten obraz radosny oczami rozpaczy, nasłuchiwał szczebiotów, całował spojrzeniami różowe twarzyczki, brał je w pamięć, opancerzał niemi swoje serce rozpłakane nagłym płaczem bezmiernego żalu...
Odwrócił się wreszcie i uciekł do swojej wieży samotnej.
Wiadomości z pola bitwy jeszcze nie było.
Natomiast z czarnej, zadeszczonej nocy wyrywały się już coraz częstsze odgłosy walki, niekiedy huczały posępne grzmoty dział. Łuny kręgiem straszliwym wybłyskiwały dokoła stolicy, powiewając krwawemi płachtami.
Nowe roje zgryzot obsiadły mu duszę i nowe roje strachów, a gwałtowne przypływy gniewu rozrywały serce.