Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Śladu nie pozostawię po tobie... Zatratuję cię na śmierć, a trupa każę powiesić i chłostać rózgami — groził bezsilnie.
— A jeśli ty?... — nie skończył strasznej myśli, cofnął się w głąb, daleko od okna, włosy mu się zjeżyły, bo naraz dojrzał, jakby tuż przed sobą, jakąś przerażającą scenę.
— Nie! Nie! Nie! — krzyczał obłędnie, miotając się po komnacie, ale wnet się uspokoił, strząsnął trwogę i rozkazał:
— Aerostat!
Ale w zamku nie było już ani jednego, nocy ostatniej reszta aerostatów zniknęła gdzieś bez wieści.
Przeżuwał tę wiadomość, jakby garść gwoździ, które mu darły wnętrzności, nie cofnął się jednak, nie słuchając próśb ni rad dworaków, pojechał pancernym samochodem, nawet bez straży... Na moście, łączącym zamek z miastem, panował nieopisany chaos, tłoczyły się ciżby wojsk, słanych na pola walki, karawany ambulansów, dział, wozów pancernych, koni, taborów amunicyjnych — tysiące ludzi, wrzawa krzyków, turkotów i przekleństw, tętenty przelatującej kawalerji, wszystko to niosło się z hukiem, niby fale rzeki wzburzonej, a z przeciwnej strony, od miasta, ciągnęły całe armje niedobitków, całe kohorty rannych, szli pieszo, bez broni, w strzępach mundurów, bladzi, wynędzniali, poprzewiązywani krwawemi łachmanami, do widm z pobojowisk podobni, szli posępnym, cichym tłumem, niemą groźbą...
Jechał wolno, przepatrując badawczo twarze; wielu go poznawało, ani jeden krzyk się nie podniósł na