Strona:PL Władysław Stanislaw Reymont - Na krawędzi.djvu/011

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Posępny zamek milczy, a ślepe ulice leżą pomarłe.
A tam świat się wali, tam waży się Jego dola!
Naraz mury jakby zadrżały; cichym, przyczajonym krokiem rzucił się do okien i nasłuchiwał trwożnie — wiatr przynosił konające echa walki dalekiej, głuchy grzmot armat, trzaski salw karabinowych i sypki gruchot kartaczownic, zaś chwilami jakby triumfalny hymn śmierci się podnosił, a daleko, daleko tliły się jakieś łuny, i po czarnem niebie krążyły czerwone, dzikie ślepia aerostatów.
Ale wiatr ucichł i wszystko zwaliło się w noc i martwą ciszę.
I znowu godziny ciągną się wolno, jak wieczność, wynoszą się leniwie z nicości a przepadają w milczącem, nieodgadnionem nigdzie, a niby płyty grobowe walą się na jego duszę męką oczekiwań.
Aż blady świt przyczołgał się litośnie na jego oczy umęczone.
A potem jawa dnia zajrzała sinemi źrenicami udręczeń, wyniosła z mroków rzecz każdą, postawiła w jaśni rzeczywistości, a potrząsnąwszy światłem, już poszła światem tęskna, smutna i rozpłakana deszczem przejmującym, a za nią podnosiły się nieprzeliczone stada wron, kruków i sępów, i płynęły niby czarne, rozpuszczone warkocze. Na żer leciały, na obfity trupi żer...
Złowrogą, czarną chmurą krążyły nad zamkiem i, kracząc żałobnie, długo, wstrząsające, poniosły się na pola walk i mordów. Przebudził się i patrzył za