Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Józio przysiadł nad plantem i zapatrzył się w nadciągający zmierzch, brzoskwinie trzęsły na niego różany okwiat, wiatr pieścił mu zgorączkowaną twarz, a on siedział, jakby zmartwiały, pełen niewypłakanych łez i pełen strasznej, nieukojonej tęsknoty.
— Wszystko jest kłamstwem, nawet marzenie! — myślał przesmutnie i naraz drgnął, spojrzał i zesunął się na szyny… Nadbiegał jakiś pociąg, zamigotały ogniste ślepia, zadygotała ziemia… już było słychać warkot kół, zabrzęczały szyny — zbliżał się z szaloną szybkością… jeszcze jedno mgnienie… krótki, wstrząsający krzyk… przeleciał, jak grzmot, i zginął w mrokach, jakby go nigdy nie było…