Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ma grube franie, ale djabli wiedzą, co to za ananas!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Przez cały tydzień zwiedzali Paryż i jego osobliwości; byli wszędzie i widzieli wszystko, gdyż Rożek całą duszę wkładał w to pokazywanie, aby w nim wzbudzić chociażby tylko zwykłą ciekawość, ale Józio prawie co godzina stawał się smutniejszy i na wszystko miał tylko jedną, apatyczną odpowiedź:
— To nie to, to jeszcze nie to…
I nic go nie porywało, ani dzieła sztuki, ani żadne dziwowiska, poruszał się bowiem pomiędzy niemi jak automat i lunatyk, śniący na jawie o cudach nigdy niedościgłych. Smutek zawodu pożerał mu duszę i coraz częściej nie mógł sypiać i, leżąc długie godziny, nasłuchiwał głosów z tamtej, dalekiej stacji! A jeśli, wyczerpany znużeniem, zasypiał wreszcie, to budził się w tej samej godzinie, jak tam, i nieraz bezwiednie czekał, jak tam, że za chwilę przyleci Andrzej i zawoła:
— Panie kasjerze, osobowy już wyszedł!
A potem wbiega Magdzia z herbatą, podłoga dygoce pod nią, gdy idzie podnieść roletę. Trzeba wstawać, a tak mu się nie chce. Klnie służbę i ten mus okropny, parzy się herbatą, nie może znaleźć czapki, zeskakuje ze schodów po dziesięć stopni naraz, wpada do kasy, podnosi okienko i sto