Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


precyzją udawał pianie koguta, ryki krów, beki owiec i zajadłe ujadanie psów, że cała sala zatrzęsła się od śmiechów i braw. Józio śmiał się również i nagle ścichnął, i tak gwałtownie pochylił głowę, aż uderzył się w czoło o butelkę, zobaczył bowiem Buczka na drugim końcu sali. Wchodził, rozglądając się za miejscem, ale Józio nie czekał na niego, zerwał się gwałtownie i prawie chyłkiem przedostał się do bufetu, i już płacił konjaki, gdy go dopadł wystraszony Rożek.
— Co się stało, czemu pan ucieka?
— Muszę, ktoś w domu na mnie czeka, zapomniałem na śmierć…
— Więc z naszej lumpki będą nici?
— Za godzinę będę czekał na pana w Café de la Paix, dobrze?
— Trochę daleko, a ja już konie odesłałem do remizy…
— A może panu chwilowo brak…
— Tego, co i owszem? Niestety, tak dawno po pierwszym i tak jeszcze daleko do następnego! — wołał z komicznym patosem.
Józio wcisnął mu w rękę dwadzieścia franków.
— Na ewentualność, gdyby pan musiał nieco dłużej czekać…
— I na pewność, że nie zrobi mi pan lapina!
— Więc do widzenia za godzinę! — zawołał jeszcze z dorożki, rozkazując jechać do hotelu. Naturalnie nikt tam na niego nie czekał, ale ujrzawszy Buczka, poczuł taki lęk przed nim, że za