Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nje nadzwyczajnych hebesów! Malarze, muzycy, poeci, rzeźbiarze, prorocy, matołki, i genjusze, jednem słowem całą polską menażerje artystyczno-intelektualną! Rajski ogródek analfabetyzmu!
— Nie znam nikogo i nie wiem, czy mi wypada…
— Knajpa, drogi panie, jest jak niebo, stoi otworem dla wszystkich, którzy mają chociaż na kawę.
— Nie lubię takich hurtownych znajomości!
— Wprowadzę pana incognito i będzie pan mógł spokojnie obejrzeć wszystkie te kukły.
— Czy sami Polacy się tutaj zbierają? — wahał się jeszcze.
— Ależ nie, cała Europa raczej! Zobaczy pan całe aryjsko-semickie nadczłowieczeństwo! Niech pan tylko nie rozumie po polsku, a zabawimy się wybornie.
Weszli do narożnej, wielkiej kawiarni, gęsto ugarnirowanej fantastycznemi kapeluszami dziewczyn, przyglądających się głodnemi oczami każdemu z wchodzących. Rożek zaśmiał się do nich przyjacielsko, uniżenie kłaniał się grubej damie, królującej za bufetem wysokim, niby bastjon, obitym mosiądzem, ściskał dłoń jakiegoś łysego jegomościa z serwetką pod pachą i pociągnął Józia przez wąską szyję, gdzie na wielu stołach trzaskały domina, do olbrzymiej sali, położonej o parę stopni niżej, a już pełnej dymu, stuku bilardów i wrzasku. Był to rodzaj podwórza, nakrytego płaskim, szklanym