Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ale to nie Bois de Boulogne — pomyślał wyniośle i, otrząsnąwszy się z przypomnień, kazał jechać do Café de la Paix.
Bulwary były pokryte ruchomym dachem parasoli, padał bowiem drobny, przenikliwy deszcz, ale Józio zasiadł na ulicy pod ścianą kawiarni, przyglądając się z nabożeństwem zatłoczonej i rozkrzyczanej ulicy. Spiętrzone, rozchwiane i nabite ludźmi góry omnibusów, świszczące loty samochodów, tysiączne turkoty, wrzaski kamelotów i huczący, nieustanny gwar zalewały go raz po raz jakby spienioną, rozszumiałą falą, że chwilami cofał się bezwiednie do samej ściany przed tą nawałą ludzi, koni i pojazdów, bo mu się wydawało jako to wszystko zwala się na niego, tratuje po nim i pędzi dalej, niczem niepowstrzymane. Poczuł się naraz dziwnie obcym, samotnym i jakby zgubionym bez ratunku.
— Więc to jest Paryż! Paryż! — powtarzał, wodząc strwożonemi oczami po tłumach i długi czas siedział ogłuszony i upity tym ruchem szalonym i wrzaskami. Nie słyszał już nic i nie rozróżniał żadnej twarzy, gdyż w mózgu miał wstrząsający, nieustanny krzyk, a przed oczami snuło się jakieś upiorne rojowisko, błyskające tysiącami spojrzeń i pełzające nigdy nieskończonem cielskiem… Przerażały go te potworne skłębione tłumy, płynące niepowstrzymanie.
— Skąd? Gdzie? Co to za ludzie? Poco istnieją takie straszne mrowiska? Poco? — myślał