Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zbij, sponiewieraj, to prędzej uwierzę! Mój Boże! Mój Boże! — wołała, okrywając go namiętnemi pocałunkami. Ale naraz odsunęła się na drugi koniec kanapy i w najgłębszem skupieniu patrzyła w jego ciche, dobre oczy.
— Ale pan nie ma żadnego kiełbia, co? — Stuknęła się w czoło.
— Nie, Franiu; zdrowy jestem zupełnie i przytomny — odpowiedział z uśmiechem.
— To musiały przypłynąć grube hopy? — Przysunęła się znowu do niego.
— Tak, przysłała mi ciotka! — rzucił odniechcenia, odwracając oczy. — Ale, wiesz, co mi teraz przyszło do głowy? Jedź ze mną zagranicę!
— Ja z panem? Zagranicę? Naprawdę? I pan nie żartuje? — Coraz szerzej otwierała oczy. Musiała wkońcu uwierzyć i zgodziła się z radością, ale była tem wszystkiem tak niezmiernie oszołomiona, że co chwila ściskała sobie skronie, przecierała oczy, i zaczęła mu się przyglądać coraz uważniej i z jakąś lękliwie podejrzliwą ciekawością.
— I daleko pojedziemy? — spytała bardzo cicho, bo jakby drzemał.
— Gdzie nas oczy poniosą! — odpowiedział sennie.
— I na długo?
— Na zawsze, Franiu! Na zawsze! — skandował z lubością i przymknął oczy.
— Na zawsze! — powtórzyła, jak echo, wzdrygając się lodowatym dreszczem, i zrobiło się jej