Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


odsłaniała srogą twarz rzeczywistości, brutalnie zrywała bielma z jego oczów i mówiła twardym, okrutnym głosem bytu, pokazując mu bez obsłon i złud całą ohydną Gehennę żywota!…
Korowód dni, miesięcy i lat przesuwał się błyskawicznie przed jego oczami — straszny korowód życia i wszystka jego moc, nieubłagana i głupia.
— Nie, nie, lepiej zdechnąć! — jęknął w śmiertelnej trwodze i zerwał się na równe nogi.
Pieniądze mieniły się na stole, niby gęsty opad jesiennych liści.
— Trzy tysiące pięćset czterdzieści sześć! — przeliczył, zgarniając je na kupę.
Ktoś zastukał do okienka i krzyknął:
— Piętnastka dochodzi! Będzie poczta?
Huragan zwalił mu się na głowę, stał chwilę jakby zdruzgotany, tylko rozszalałe serce miotało się w straszliwej walce, krew biła w skroniach, jak młotem, a w mózgu zawyły wszystkie jędze strachów i wahań; ale naraz oczy rozbłysły stanowczością, sprężył się, jak wilk do skoku, i, odzyskawszy panowanie nad sobą, wiedział już, co robić.
— Będzie! — zawołał energicznie — przyjdź, to zaniesiemy pieniądze.
Pośpiesznie zesumował długie kolumny cyfr, wypełnił raport, podpisał go, dołączył różne dowody i wszystko razem zamknął do żelaznej kasetki, a pieniądze obwinął w jakąś gazetę i wrzucił do szuflady stolika, zaś drobne schował do kieszeni.