Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pełen wrzawy i śmiechów. I, jak zwykle, okna stacji były ugarnirowane twarzami pań i dzieci; jak zwykle, zawiadowca w czerwonej czapce i białych rękawiczkach, wyniosły, urzędowy, kłaniał się po wojskowemu znajomym i dostojnie spacerował od żandarma do żandarma, którzy stali na dwóch końcach peronu, jak dwa szare, nieruchome słupy; jak zwykle, czarny, chałatowy tłum niespokojnie się mrowił, przepychał i szwargotał; jak zwykle, uderzył dzwon sygnałowy, świsnęła maszyna, pociąg wleciał zadyszany, przystanął, i potok ludzi, tobołów i waliz i wrzasków uderzył w niego i rozlewał się po peronie; i, jak zwykle, ten sam garson we fraku, z gołą głową i z tacą na ramieniu biegał wzdłuż pociągu i wykrzykiwał:
— Kawa, herbata! Kawa, herbata!
A Józio też, jak zwykle w dni pogodne, zamknął wcześniej kasę, wyszedł na peron i, jak zwykle kłaniał się, uśmiechał, ściskał jakieś ręce, prowadził jakieś rozmowy, witał się z jakimiś znajomymi, dowcipkował złośliwie o jakichś paniach, zaglądał w okno wagonu, skąd jakieś rozbawione pasażerki robiły do niego oczy, ale wszystko to czynił jakoś machinalnie i zarazem sztucznie, a przytem był tak straszliwie mizerny i blady, że pani Zofja, spacerująca z Raciborskim, spotkawszy się z nim, prawie głośno wykrzyknęła:
— Co panu? Blady pan, jak płótno!
— Głowa mnie trochę boli. Napiję się czarnej kawy, to przejdzie.