Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a na stoliku stał rozkwitły hiacynt śnieżno-biały i obok leżała koperta z całującemi się gołąbkami. Jeszcze nie zdążył się rozebrać, gdy Magdzia wniosła herbatę.
— Pani kazała przynieść, bo pewnie pan jeszcze nie pił.
— Powiedz pani, że bardzo dziękuję, bardzo!
— A dzisiaj na obiad to będzie wszyćko, co ino pan lubi…
— Bardzo mnie to cieszy. Ale co się to stało, żeś już posprzątała?
— Hale, pani nie dała mi się tknąć niczego, a ino powiada: Sama sprzątnę! Druga, to i dla rodzonego chłopa takby się nie trudziła! Ale moja pani dla panowego przyjacielstwa toby zrobiła nie wiem już co!
— Widzisz, nie spałem całą noc i chciałbym się teraz położyć! — spróbował jej przerwać.
— Dyć mój pan zawdy rano prawie gołkiem spaceruje po pokojach, a mnie się nie wstyda… Proszę pana, bieliznę praczka już przyniosła; koszule i te drugie rzeczy tak były miejscami pociarachane, że je moja pani ponarządzała, schowałam je do komody! — ciągnęła, niczem niepowstrzymana. Żebym ino poradziła rozpowiedzieć wszyćko, co ta moja pani wyprawiała przez ten tydzień, toby panu włosy stanęły na głowie!
— Mów, Magdziu! Mów, najdroższa, może prędzej zasnę! — zasyczał tak słodko, że się rozgniewała, trzasnęła drzwiami i z furją zlatywała ze schodów.