Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Jak ja mu teraz spojrzę w oczy? Jestem ostatnie bydlę! Ostatni idjota!
I, tak rozmyślając gorzko nad sobą, zasłuchiwał się bezwiednie w głuche dudnienia pociągów i znowu zwolna zapominał o rzeczywistości, aż zbudziły się w nim i porwały go w otchłanne wiry stare, nieukojone tęsknoty i marzenia za tamtą wyśnioną, za tamtą, która w tej chwili nie miała już żadnej nazwy, ni oblicza, ni nawet kształtów, a której może nigdy i nigdzie nie było na świecie — bezbrzeżna tęsknota za jakiemś bujnem, innem życiem, i za jakiemś wielkiem i potężnem kochaniem…
Zapłakał i wśród gorących łez wyciągał roztęsknione ramiona ku gwiazdom, w przestrzenie, tam gdzieś, gdzie tak leciały wszystkie pociągi, gdzie tak rwało się jego sieroce serce, gdzie tak ponosiły go marzenia…
A kiedy rano zbudził go woźny wołaniem, że pierwszy osobowy już wyszedł i przy kasie czeka dużo pasażerów, zbuntował się nagle i krzyknął rozsrożony:
— Nie pójdę na służbę! Niech całą kolej cholera zatłucze! Powiedz, że jestem chory!
I pierwszy raz, odkąd był na kolei, nie poszedł na służbę, przewrócił się na drugi bok i tak mocno zasnął, że nawet go nie zbudziły gwałtowne dobijania się Magdzi.
Dopiero w samo południe otworzył oczy i leniwie wyciągnął rękę po książkę, ale tknięty jakąś nadzwyczajną myślą, śpiesznie wyskoczył z łóżka,