Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się sznur białych korali, a na rękach brzęczały bransolety. Okrągła, tłusta twarz polśniewała mimo pudru, a zapasione oczy błyszczały wyzywająco.
— Cudownie. Ale cóżto za uroczystość, że pani się wystroiła?
— I pan ani przeczuwa? Ani się domyśla? — szepnęła, przeszywając go wzrokiem.
— Doprawdy, że nie; a może to pani imieniny? — zapytał z zupełną szczerością.
— Boże, co ja robię!… co pan sobie o mnie pomyśli! — jęknęła, zasłaniając sobie oczy.
— A cóż ja mogę pomyśleć? — wykrzyknął ze zdziwieniem i usiadł przy stole.
Osunęła się na krzesło i wyciągnęła do niego rękę, upstrzoną w pierścionki.
— Nawet się pan nie przywitał ze mną!
— Ale, co gorsze, nie podziękowałem jeszcze za kwiaty i dopiero teraz serdecznie dziękuję.
Pocałował ją w rękę i podsunął półmisek, ale jeść nie chciała.
— Nie mogę, boli mnie głowa i taka jestem smutna, taka strasznie smutna! — zajęczała ni z tego, ni z owego, a wsparłszy brodę na dłoniach, zatopiła w nim rozłzawione oczy…
— A pójdziesz, bydlaku jeden! — zakrzyczała naraz, opędzając się serwetką przed wyżłem, który wpadł do pokoju i rzucał się na nią z radosnem skomleniem. — Magdziu, zabierz psa! Mówiłam ci już tyle razy, żebyś go z kuchni nie wypuszczała!