Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Zaczął się przyglądać jakimś pięknościom, wiszącym na ścianie w laubzegowych ramach. Posłyszał za sobą szelest, lecz nim zdążył się odwrócić, już jakieś ciepłe ręce spadły mu na oczy, gorący oddech oblał mu kark i wpierały się w niego rozkoszne miękkości.
— Proszę się nie odwracać, jestem w negliżu! — zaszeptał omdlewający głos.
Odwrócił się tem pośpieszniej. Odskoczyła niby to z przerażeniem i, zakrywając skrzyżowanemi rękoma paromorgowy dekolt, zaszczebiotała:
— Ależ nie można, nie wypada, niech pan nie patrzy!
— I można, i wypada, i na cudności patrzeć wolno! — odpowiedział tym samym tonem.
— Naprawdę! Podoba się panu mój szlafroczek? — wykrzyknęła, zapominając już o wstydzie.
— Prześliczne łaszki, pierwszy raz widzę coś podobnego.
— Łaszki, bardzo proszę. Niech się pan przyjrzy! — zadąsała się i, wstąpiwszy w krąg światła, stanęła w całej okazałości. — To moja własna praca! — dorzuciła z dumą, okręcając się przed nim na wszystkie strony.
Złotawy szlafroczek, bramowany koronkami, a przybrany błękitnemi wstęgami, spływał luźno po jej bujnej postaci. Nisko upięte włosy były przeplecione również błękitnemi wstążkami, w uszach lśniły olbrzymie, podejrzanej wartości turkusy, na szyi, między grubemi obręczami tłuszczu, różowił