Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Marzyciel Szkic powieściowy.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ło suszyć zęby do pasażerów! Pomocnikiem zawiadowcy był wtedy wyjątkowo przystojny chłopak, a że i panna była i owszem, też niczegowata, więc się zaczęło, jak zwykle: ona sypała perskie oczko, on zapuszczał żórawia, potem leciały uśmieszki, potem zrobiła się znajomość, potem były obiadki u zawiadowcy, potem kwiaty, potem spacery przy księżycu, wreszcie panieński pokoiczek i słodkie sam na sam, wreszcie coś… tego… I poszło takim ekstracugiem, aż przycapnęli chłopaczka i musiał się ożenić! Przepadł z kretesem! Wiec niech się pani nie dziwi, że obawiam się tego pokoju! — zakończył ze śmiechem.
Panna Irena znalazła wreszcie swoje binokle i, wcisnąwszy je na śpiczasty nos, spojrzała piorunująco i odeszła bez pożegnania.
Zrobiło mu się trochę głupio, poczuł bowiem że mocno przeholował.
— Ale na dłuższy czas będę miał od niej spokój!


VIII.

Brał przymrozek i chrupało pod nogami, ale noc była dziwnie mętna i jakoś ociężale, jakby w omdlałem wyczerpaniu, zwaliła się na śniegi; gwiazdy, niby bladawe motyle, drgały niekiedy w posępnej kurzawie, przysłaniającej niebo; stacyjne światła mżyły się w czerwonawych otęczach, a nagie drzewa majaczyły jak czarne widma. W mar-