Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przystępujcie do mnie z uszanowaniem, pijcie do mnie... możecie mnie nawet całować i prosić o jaką łaskę; rozważę i co będę mógł dać, dam! — wołał rozbawiony Kotlicki.
Wziął kieliszek ze stołu, stanął przed lustrem — i czekał.
— Pycha, jak Boga kocham! Ja pierwszy idę na ogień! — zawołał Głogowski.
I z pełnym kieliszkiem, trochę się już potaczając, podszedł do Kotlickiego.
— Szanowna i miłościwa pani!... Daję ci sztuki, pisane krwią i sercem; zrozum je tylko i oceń sprawiedliwie! — wołał patetycznie, całując go w twarz.
— Jeżeli je, mistrzu, będziesz pisać dla mnie, jeżeli mnie nie będziesz obrażać brutalstwami i będziesz się liczył ze mną i pisał tylko dla mnie, żebym się mogła bawić i rozrywać, dam ci powodzenie!
— Kopnę cię pierwej i zdechnij! — szepnął gorzko Głogowski.
Podszedł Cabiński,
— Szanowna publiczności! Ty jesteś słońcem, ty jesteś pięknem, ty jesteś wszechmocą, ty jesteś mądrością, ty jesteś znawstwem! Dla ciebie żyje, gra, śpiewa i twoją jest ta Melpomeny dziatwa!... Powiedz, wielmożna pani, czemu nie jesteś łaskawą na nas?... Proszę cię, jaśnie oświecona, daj codziennie pełny teatr!...
— Kochanku! Miej trochę pieniędzy, jak przyjeżdżasz do Warszawy, duży repertuar, a towarzystwo dobrane, chóry piękne, no i grywaj to, co ja lubię, a kasy twoje będą się łamać pod ciężarem złota.