Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Głogowski zerwał się i z wyciągniętą głową, z oczami płonącemi gorączką, czekał, ale usłyszał tylko stuknięcie kurtyny opadającej i gwar rozmów, podnoszący się raptownie.
W międzyakcie znowu przyglądał się publiczności: miała jakieś dziwne miny. Prasa była skrzywiona; szeptali coś pomiędzy sobą, a niektórzy notowali.
— Zimno mi!... — szepnął, wstrząsając się w jakimś lodowatym dreszczu.
I poszedł błądzić, jak nieprzytomny, po teatrze.
Stali bywalcy zakulisowi napływali hurmem i ożywili nieco kulisy, ale na twarzach aktorów odbijał się niepokój bezwiedny o los pozostałych czterech aktów.
— Winszuję panu!... Za ostra, za brutalna, ale nowa! — mówił Kotlicki, ściskając Głogowskiemu rękę.
— Czyli: ni pies, ni wydra, coś nakształt kapłona!... — odpowiedział Głogowski z przymusem.
— Zobaczymy, co będzie dalej... Publiczność jest zdziwiona, bo ludowa sztuka i bez tańców...
— Do dyabła!... przecież to nie balet!... — mruknął niechętnie Głogowski.
— Ale pan znasz publiczność i wiesz, że przepada za śpiewami i tańcami.
— To niech idzie na szopkę krakowską! — rzekł Głogowski.
Odwrócił się i poszedł, bo go wściekłość porywała.
Po drugim akcie brawa były rzęsistsze i dłuższe.
Humor podnosił się w garderobach do zwykłego napięcia.
Cabiński już dwa razy posyłał Wicka do kasy, do-