Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


płynąca, chyba z przestrzeni, z błękitu, z białych, przejrzystych chmur, snujących się wolno i z czarniawej zieleni drzew.
Oddychała z rozkoszą wonią lewkonii, ale ile razy spojrzała na Głogowskiego, który nie mógł usiedzieć spokojnie, tylko się rzucał, spoglądał na nią, targał włosy, tyle razy przychodziła jej jedna myśl uparcie: że on chce wyznać jej swoją miłość.
— Mów pani co, bo oszaleję, wścieknę się... — wykrzyknął nagle.
Roześmiała się, tak był w tej chwili komicznym i bardzo dalekim od marzeń o miłości.
— Mówmy, chociażby o... wieczorze...
— Chce mnie pani struć do reszty?... Niech zdechnę, ale chyba nie wytrzymam do wieczora!...
— Przecież pan mi mówił, że to nie pierwsza sztuka, więc...
— Tak, ale mnie zawsze przy każdej trzęsie febra, bo zawsze widzę w ostatniej chwili, że napisałem świństwo, łajdactwo, tandetę.
— Ja nie mam pretensyi do znawstwa, ale mnie się sztuka podobała ogromnie, bo taka szczera...
— Co, na seryo? — zawołał z odcieniem ukontentowania w głosie.
— Wie pan przecież, że wprost nie śmiałabym skłamać.
— Bo, widzi pani, powiedziałem sobie, że jak ta sztuka klapnie, to... niech zdechnę, ale...
— Rzucisz pan pisanie?
— Nie, ale znikam z horyzontu na kilka miesięcy,