Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


będę miała z czego... Nie mówiłam dotychczas nic, bo miałam pieniądze jeszcze z domu.
— A ten stary... mecenas... nie może to dać?... przecież wiadomo, że...
— Dyrektorze!... — szepnęła, oblewając się rumieńcem.
— Mascotta!... — mruknął, złośliwie ściągając usta.
Przemocą stłumiła w sobie oburzenie i mówiła:
— Dziesięć rubli potrzebuję tymczasem koniecznie: muszę sobie kupić kostyum do „Chamów“.
— Dziesięć rubli?... ha! ha! ha! Paradna pani jesteś! Majkowska nawet nie bierze tyle od razu! Dziesięć rubli!... Lubię taką naiwność!...
Śmiał się serdecznie, a potem rzucił jej na odchodnem:
— Niech mi pani przypomni wieczorem, to dam kwit do kasy.
Wieczorem dostała rubla.
Zamyśliła się smutnie, bo zrozumiała, że bieda stoi już za drzwiami, że jeszcze czas jakiś, a zajrzą sobie w oczy.
Wiedziała dobrze o tem, że chórzystki po najlepszem przedstawieniu dostawały 50 kopiejek akonta, a zwyczajnie dwa złote lub czterdzieści groszy. Przypomniała sobie dopiero teraz te smutne i znękane twarze starszych aktorek.
Zobaczyła teraz wiele takich rzeczy, których przedtem nie widziała, albo widząc, nie zastanawiała się nad niemi. Jej własny brak otworzył jej szeroko oczy na biedę, jaka gniotła wszystkich, na te skryte szamotania