Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Musiała w ten gwałtowny ruch wyładować z siebie resztę złości, bo zaczęła nucić i uśmiechała się do siebie, a później zawołała do Janki najnaturalniejszym głosem:
— Może pani pójdzie ze mną na miasto?...
— Dobrze, nawet deszcz już przestał padać... — odpowiedziała Janka, spoglądając na jej twarz.
— Co! to mam soliterka... widziała pani?
— Widziałam i... nie mogę jeszcze stłumić oburzenia.
— I... głupstwo!
— Wiele już rzeczy zrozumiałam z trudem w teatrze i wytłómaczyłam sobie, jak mogłam, ale takiej sceny nie potrafię. Jakto! pani możesz znieść coś podobnego?...
— Za bardzo go kocham, aby zważać na takie bagatelki.
Janka zaczęła się śmiać nerwowo.
— Tylko w operetce można coś podobnego zobaczyć, no i za kulisami.
— Ba, ja się zemszczę!
— Pani się zemści?... Ciekawam bardzo... bo jabym nigdy, nigdy nie darowała.
— Wyjdę za niego... Musi się ze mną ożenić.
— To będzie zemsta? — zawołała zdumiona Janka.
— Nie potrzeba lepszej. Już ja mu urządzę życie! Wie pani, wstąpmy najpierw do cukierni, muszę kupić czekolady...
— Nie miałaś pani na kolacyę!... — zawołała mimo woli Janka.
— Ha! ha! toś pani jeszcze naiwna... ha! ha! Wi-