Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/285

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ci go bieda; masz zapał... weźmie ci go bieda; masz młodość, talent, urodę... weźmie ci wszystko bieda! — mówił Pieś surowym głosem i tonem przepowiedni.
— Nie, to nic!... ale takie towarzystwo, tacy artyści, takie sztuki pozbawią panią wszystkiego... A jeśli takie piekło zniesiesz bez szczerby, to będziesz wielką artystką! — szeptał zgryźliwie Stanisławski.
— Mistrz tak rzekł, więc rzeszo pochyl głowy i powiedz, że tak być musi! — drwił Wawrzecki.
— Błazen!... — mruknął Stanisławski, wychodząc.
— Mamut!
— Opowiem wam, jak zaczynałem — rzekł Władek.
— Wiadoma rzecz, że u cyrulika.
— Nie błaznuj, Glas!... koniecznie chcesz się wydać głupszym, niż jesteś!
— Byłem w czwartej klasie, gdy zobaczyłem w „Hamlecie“ Rossi’ego... i przepadłem!... Ojcu buchałem grosze, a kupowałem sobie tragedye i chodziłem do teatru; dniami i nocami uczyłem się ról. Marzyłem, że zdobędę świat cały...
— I jesteś krowientym u Cabana — szydził Dobek.
— Dowiedziałem się, że Rychter przyjechał do Warszawy i zamierza otworzyć szkołę dramatyczną. Poszedłem do niego, gdyż czułem w sobie talent i chciałem się uczyć. Mieszkał na Świętojańskiej... Przychodzę i dzwonię; otwiera mi on sam, wpuszcza i zamyka drzwi na klucz. Ciepło mi się zrobiło ze strachu... Nie wiem, od czego zacząć... Przesypuję z nogi na nogę. On najspokojniej mył jakiś rondelek, potem nalał nafty w ma-