Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, nie!
— Siadaj-no mecenas — wołała Cabińska — będziemy razem słuchać...
— A, młody mistrzu! moje uszanowanie!
— Stary idyota! — mruknął Głogowski, kiwając mu głową i schował się w kulisę, bo go już wściekłość ogarniała na te ciągłe przerwy i rozmowy.
— Cicho!... Jak Boga kocham, istna bożnica! — wołał zirytowany Topolski i czytał dalej.
Ale już nikt nie słuchał. Dyrektorowa wyszła z mecenasem, a za nią wysuwali się wszyscy po cichu.
Deszcz zaczął lać i uderzał w blaszany dach teatru z łoskotem, który głuszył wszystko.
Ściemniło się tak, że Topolski nie mógł czytać.
Przenieśli się wszyscy do garderoby męskiej; było tam trochę widniej i cieplej, rozpoczęli więc pogawędkę.
Janka z Głogowskim stała we drzwiach i mówiła coś gorąco o teatrze, gdy Rosińska przerwała jej drwiąco:
— A to pani dopiero teatr zajechał w głowę!... no, nie uwierzyłabym, gdybym nie widziała...
— To przecież proste; w teatrze zamyka się dla mnie wszystko.
— Ja przeciwnie, żyję dopiero poza teatrem.
— To czemuż pani nie rzuci sceny?
— Gdybym się tylko mogła wyrwać, to godzinybym tu nie była!... — odpowiedziała z goryczą.
— Tak się tylko mówi! Każda z nas-by mogła, tylko że się nie potrafi oderwać od teatru — mówiła cicho Wolska. — Mnie jest ciężej niż wszystkim i wiem, że gdybym rzuciła scenę, miałabym lepiej, ale ile razy