Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Paręset rubli, jak w błoto, to pech, co?... Przyszedł mi na myśl pewien plan!...
Nachylił mu się do ucha i szeptał tajemniczo.
— Cóżeś zrobił z mieszkaniem? — pytał się Krzykiewicz Glasa, podając mu papierosa.
— A, nic! mieszkam dalej.
— Płacisz?
— Nic, a będzie! — odpowiedział komik, przymrużając jedno oko.
— Słuchaj Glas! Podobno Cabiński kupuje dom na Lesznie.
— Zawracanie! A, jak Boga kocham, zarazbym się sprowadził do niego odmieszkać gażę. Ale to bajki! Skądby on wziął tyle groszy?...
— Ciepiszewski widział go z faktorami od domów.
— Nianiu! — zawołała Cabińska.
Niania śpiesznie szła, niosąc przez fartuch list jakiś.
— To nie ja, to Felka zbiła lustro; rzuciła szampanką, celując w lichtarz, a trafiła w lusto... Brzdęk!... i już trzydzieści rubli przybyło do rachunku. Ten gruby tylko się skrzywił.
— Nie kłam! ja przecież nie byłam pijana i dobrze pamiętam, kto stłukł.
— Pamiętasz?... A pamiętasz, jak skakałaś ze stołu, a potem zdjęłaś buciki i... ha! ha! ha! ha!...
— Cicho!... — zawołał ostro Topolski na chórzystki, opowiadające sobie wrażenia dnia wczorajszego.
Przyciszyły się, ale Mimi zaczęła prawie głośno opowiadać Kaczkowskiej o nowym fasonie kapelusza, jaki zobaczyła na ulicy Długiej.